Do głośnych protestów przeciwko turystom, które odbywały się w ub. tygodniu m.in. w Barcelonie, Alicante, Sewilli oraz w Maladze w niedzielę dołączyli mieszkańcy Majorki. Oni również mają dość masowej turystyki, która – jak przekonują – niszczy im wyspę i miejsce do życia. Wszystkie ośrodki turystyczne Hiszpanii domagają się zwiększenia podatków turystycznych oraz ograniczenia miejsc noclegowych i wprowadzenia limitu aut przyjeżdżających do ich miast i kurortów. Rząd w Madrycie zapowiada rychłe zwiększenie i tak już niemałych podatków turystycznych.
O protestach w Barcelonie w świecie było najgłośniej – to właśnie w tym mieście, słynącym z budynków (w tym katedry) projektowanych przez jednego z największych architektów przełomu XIX i Xx wieku, gigantyczne marsze i happeningi odbywały się tego lata przynajmniej raz w tygodniu. Zdarzało się, że mieszkańcy Barcelony oblewali przyjezdnych w kawiarniach i restauracjach wodą krzycząc do nich, żeby wrócili już do domów i – najlepiej – nie przyjeżdżali ponownie.
Problem turystów w Hiszpanii narastał od lat. W sezonie wakacyjnym przyjezdnych jest znacznie więcej, niż mieszkańców. I, co udowadniają mieszkańcy, przynoszą miastu więcej szkód, niż pożytków. Szczególnie turyści jednodniowi, którzy „zatykają miasto i śmiecą, bo nie są u siebie”.
Burmistrz Barcelony zapowiada zwiększenie podatku turystycznego, który muszą płacić wszyscy przyjezdni, jeżeli nie nocują w mieście. To obecnie 7 euro od osoby, wszystko jedno czy chodzi o dziecko, czy dorosłego.
– Chcemy mieć turystykę, która szanuje miejsce docelowe – wyjaśnia Jaume Collboni, burmistrz miasta. Jego propozycja musi zostać jeszcze przyjęta przez władze Katalonii. Colloboni chce również jeszcze jednej zmiany w prawie. Zgodnie z jego pomysłem, już za kilka lat w Barcelonie (oraz tych miastach i kurortach Hiszpani, które tego sobie zażyczą) będzie obowiązywał zakaz wynajmowania prywatnych mieszkań przez turystów. To – jego zdaniem – skończy turystykę masową, której obecny przekrój to średniozamożni turyści z całej Europy, których nie stać na drogie hotele i wydatki na takim poziomie, który zauważyliby mieszkańcy. Z pewnością ukróciłoby tzw. „turystykę imprezową”.
Hiszpanie obwiniają turystów za gwałtowny spadek standardów ich życia i wzrost cen – przede wszystkim mieszkań na wynajem i na sprzedaż.
W niedzielnych protestach na Majorce wzięło udział ponad 10 tys. mieszkańców wyspy, którzy uzbrojeni w transparenty z hasłami „Wystarczy!”, „Czas do domu”, czy „Majorka nie jest na sprzedaż” przekonywało turystów, że wcale nie są na wyspie mile widziani. Bo choć turystyka ma zasadnicze znaczenie dla Majorki, odpowiadając za 45 proc. PKB wyspy, jedynie mniejszość czerpie korzyści z tej branży, podczas kiedy zwykli mieszkańcy zmagają się z niskimi zarobkami, kłopotami mieszkaniowymi, korkami, hałasem i większym zanieczyszczeniem. Wśród wysuwanych przez protestujących postulatów jest nie tylko ograniczenie liczby miejsc noclegowych, żądanie wydzielenia rejonów wyspy, w których nie można przyjmować wczasowiczów, ale również wprowadzenie limitów wjazdu na Majorkę aut, które nie zostały zarejestrowane na wyspie.


















Zostaw komentarz